O autorze
Od niedawna w naTemat zajmuję się pisaniem tekstów redakcyjnych, które można przeczytać tutaj.

Kontakt: weronika.j.lewandowska@gmail.com

Jak polskie szkolnictwo krzywdzi młodzież

Podstawa programowa pod półmetrową warstwą kurzu i maturalne festiwale konformizmu. Wiedza jako przykry obowiązek, a nie przyczynek do rozwoju. Coś nie wyszło, Houston, mamy problem. A wszystko można zmienić w prosty sposób: wystarczy wreszcie spojrzeć w kalendarz – jest rok 2013, nie 1913.

Nie chcę tutaj stawać po tej samej stronie co miliony uczniów, którzy mówią: „po co mi funkcja kwadratowa, czy przy jej pomocy będę kupować w sklepie ziemniaki?”. Nie chcę popierać tych, którzy uważają, że wszystko co znajduje się w podstawie programowej jest zupełnie bez sensu i nie ma żadnego powodu, żeby się tego uczyć. Według mnie wchłonięcie jakiejkolwiek informacji jest przydatne – rozwija umysł, poszerza horyzonty, wzbogaca zasób wiedzy ogólnej, który u większości licealistów jest bardzo skąpy. Wystarczy tylko chcieć wiedzieć. Szkoła na pierwszym miejscu powinna być instytucją, która rozbudza w uczniach pragnienie wiedzy.



Potrzebne wiadomości są obecnie wszędzie – jaki jest sens w zmuszaniu do uczenia się ich na pamięć? Czy zamiast tego nie lepiej nakierować na miejsca, gdzie można je znaleźć, nauczyć je interpretować, a przede wszystkim pokazać, że warto po prostu wiedzieć?

Poza jednostkami wybitnie dobrymi (które będą absorbować dodatkową wiedzę poza szkołą, skoro im tego nie zapewni) i wybitnie złymi (które wiedzy nigdy do siebie nie przyjmą, chociaż byłaby im „wbijana” do głowy kolejnymi zagrożeniami) są przeciętni, którzy uczą się, no bo tak trzeba. I to stanowi główny problem edukacji – szkoła uczy traktowania nauki jako wyższej konieczności, a nie wyzwania. Dlaczego wiedza zamiast przyjemności staje się mniej lub bardziej przykrym obowiązkiem? Bo jest narzucana z góry i uczniowie nie mają prawa do decydowania i podążania zgodnie ze swoimi zainteresowaniami.

Nastolatki nie mają żadnego wyboru. Serwowane są im lektury spowite kurzem, piękne, ale zupełnie nieprzystające do dzisiejszych realiów. Książek mówiących o przeszłości powinno być kilka, aby pozwoliły ogólnie poznać to, jak wyglądało wtedy życie. Reszta powinna odnosić się do naszego świata, bo to przecież w nim żyjemy, w nim jemy, śpimy, kochamy, wkrótce będziemy także pracować i zakładać rodzinę. Podstawa programowa z języka polskiego udaje, że literatura skończyła się po wojnie i teraz drukuje się tylko gazety i ulotki.

Czy nie lepiej byłoby pozwolić uczniom czytać autorów, którzy żyją, chodzą po tej samej ulicy co oni i można im samym zadać pytanie „co mieli na myśli”, a nie wsłuchiwać się w przeinterpretowane wywody polonistów, dla których nawet kolor ścian w domu bohatera symbolizuje wartości oświeceniowe?

Czy nie lepiej byłoby dać uczniom wybór, aby mogli omawiać na polskim to, co im się podoba, co ich fascynuje? Pozwolić opowiadać nastolatkowi o jego ulubionej książce, a nie o tej, której streszczenia nawet nie mógł przełknąć? Młodzież czyta, ale z reguły nie może się tym faktem popisać w szkole.

Powstaje pytanie: jak zatem sprawdzić wiedzę wszystkich polskich uczniów na maturze, skoro każdy z nich będzie czytał inne książki? Odpowiedź jest bardzo prosta – w żadnym wypadku nie przy pomocy lektur.

Wypracowania na maturach są największym złem. Wszystkie polecenia w humanistycznych egzaminach polegają mniej więcej na tym: Czy według Ciebie rzecz x świadczy o zjawisku y, czy z? Wytłumacz dlaczego świadczy o zjawisku y. Wygrywa ten, kto najlepiej wstrzeli się w klucz, a nie ten, kto ma coś do powiedzenia. Bardzo często zdarza się, że świetne humanistyczne umysły piszą maturę źle, bo ich poziom interpretacji nie przystaje do wypisanych w kluczu truizmów, które oni po prostu omijają.

I to nie jedyny problem dobrych uczniów. To, z czym spotkałam się podczas swojej nauki w gimnazjum i liceum było dla mnie od zawsze krzywdzącym i zniechęcającym paradoksem, z którym borykało się wiele moich koleżanek i kolegów - większe przywileje niż oni mają najgorsi i poświęca się im więcej uwagi. Poziom wyrównuje się w dół, a nie w górę. Wtedy dobrzy uczniowie myślą: to po co mam się starać? Po co robić cokolwiek dodatkowego, kiedy i tak nie zostanę doceniony?

Nauczyciele często nie mają czasu na prowadzenie dodatkowych zajęć, na rozwijanie projektów z najlepszymi uczniami, ani na to, żeby pozwolić im na naukę w systemie tutor – student, który jest najbardziej rozwijający. Tak dzieje się tylko w prywatnych szkołach i kilku liceach, które zacięcie biją się o palmę pierwszeństwa. A tak powinno być wszędzie. Często jednak nauczyciele nie mają czasu, bo prowadzą zajęcia dla tych, którzy sobie nie radzą, ustalają kilka terminów popraw, żeby jedynkowicze w końcu zaliczyli to co trzeba i dali im spokój. Pytania na każdym kolejnym sprawdzianie są coraz łatwiejsze, często nauczyciele po prostu machają ręką wiedząc, że z tej konkretnej głowy już raczej niczego dobrego nie wyciągną. Wpisują dwóję i mówią: „masz już to dwa i nie przychodź”. Za to jeżeli ktoś chciałby się umówić na dodatkowy sprawdzian, który pozwoli mu na otrzymanie szóstki patrzą raczej z politowaniem i pytającym wzrokiem. „Na co Ci ta szóstka?” Nie ważne na co, ważne chyba, że ktoś jest na tyle ambitny, że chce czegoś więcej, prawda?

Jako ubiegłoroczna maturzystka, będąca jeszcze może nie jedną nogą, ale jednym palcem w liceum chcę, aby wreszcie podstawa programowa została przystosowana do obecnych czasów. Aby matura przestała być festiwalem konformizmu, który sprawdza kto lepiej nauczył się zgadywać klucz odpowiedzi. Chcę, żeby szkoła przestała wreszcie przeszkadzać w prawdziwej nauce. Dlaczego? Przecież to zwykły egoizm – im więcej jest mądrych i potrafiących samodzielnie myśleć ludzi, tym lepiej dla nas wszystkich.
Trwa ładowanie komentarzy...