O autorze
Od niedawna w naTemat zajmuję się pisaniem tekstów redakcyjnych, które można przeczytać tutaj.

Kontakt: weronika.j.lewandowska@gmail.com

„Rzucam wszystko i otwieram knajpę” - z korporacji do restauracji

Wystarczy tylko lubić gotowanie i mieć wrażenie, że trochę nam to wychodzi, a już chcemy uciec z korporacji, agencji, banku (bo z reguły przytrafia się to ludziom narażonym w pracy na stres) lub jakiejkolwiek innej pracy i otworzyć własną restaurację. Najczęściej kończy się wyłącznie na planach, ale spora grupa ludzi jednak rusza w pogoń za swoimi marzeniami. Tylko czy to na pewno są ich marzenia? Czy nie chodzi jedynie o to, że „wszyscy o tym myślą”, „wszyscy chcą to zrobić” i pragnie się tego podobnie jak najmodniejszej torebki w sezonie?

Coś w tym musi być. Nawet ja sama będąc w tej chwili dopiero na pierwszym roku studiów, miesiąc temu stwierdziłam, że właściwie nie chcę po prostu studiować i najbardziej chciałabym mieć swoją restaurację. Tak jak wszyscy „w podobnej sytuacji”, w wyobraźni widziałam rozgoszczonych przy stolikach stałych bywalców, którzy z uwielbieniem zajadają się wymyślonymi przeze mnie daniami, ciepłe światło, minimalistyczne wnętrze spowite zapachem włoskich dań, siebie na środku sali sprawdzającą, czy wszystkim smakuje. Oczywiście byłam i wciąż jestem na tyle świadoma, że wiem, iż ta utopijna wizja jest niesamowicie trudna do zrealizowania. Niestety jednak większość ludzi nie ma o tym pojęcia. Zdaje im się, że restauracja to żyła złota, szybko zwracający się biznes, a dobra lokalizacja jest w stanie zapewnić sukces, w czym pomagają im filmy, seriale i książki, w których taki scenariusz ciągle się pojawia.



Niestety rzeczywistość jest brutalna. Takie cuda są w stanie zdziałać jedynie świetni restauratorzy, właściciele z naprawdę dużym kapitałem i przede wszystkim oryginalnym pomysłem. Ile jeszcze będzie w dużych miastach (szczególnie w Warszawie i Krakowie) tych minimalistycznych lokali z industrialnymi elementami wystroju? Ile będzie kopii pomysłów, które już się sprawdziły? Ile będzie restauracji, które na początku cieszą się zainteresowaniem, a teraz już nikogo nie obchodzą? Ile nowych miejsc z sushi wykwitnie na głównej ulicy? Powtarzanie nie ma sensu. W dodatku konkurencyjność wcale nie sprawia, że ceny dla klientów są niższe. A nawet jeżeli restauracja zaczyna się zwracać, to nigdy nie jest to milionowy biznes, o czym brutalnie dowiaduje się coraz więcej osób.

Mimo to, ludzie ciągle marzą. Dobrym przykładem na ich łatwowierność jest początek każdego odcinka „Kuchennych Rewolucji”, kiedy właściciele opowiadają o tym, jaki był powód założenia restauracji. Z reguły mówią coś w rodzaju „zawsze chciałam mieć restaurację, no to ją założyłam”, „to było modne, wszyscy sobie robili knajpy, więc ja też chciałem” i tak dalej. Zazwyczaj są to ludzie nawet nie tyle bez profesjonalnego przygotowania, co nawet nie do końca umiejący gotować. Nie wystarczy być człowiekiem, który skądś „uciekł” z odłożoną lub, o zgrozo, pożyczoną kwotą.

Jeżeli ktoś wciąż poważnie myśli o wyjściu z korporacji i założeniu swojej knajpy, naprawdę tego pragnie, niech przetestuje swoje siły w trakcie Restaurant Day. Sama spróbuję podczas najbliższego zrobić coś, co bardzo mocno zakpi z konwencji „modnej restauracji” i będzie bardziej happeningiem niż prawdziwą knajpą, na co wkrótce wszystkich zaproszę. Ale polecam to zrobić także "na serio". Takie doświadczenie skutecznie wyleczyło moich znajomych z myślenia o „rzuceniu wszystkiego i otworzeniu knajpy” oraz oszczędziło im sporo czasu i pieniędzy.

A dlaczego ucieczka w stronę gastronomii jest tak popularna? Prawdopodobnie dlatego, że pozornie daje to spokój i sympatię u ludzi, którzy są przez nas uszczęśliwiani dobrym jedzeniem, co tak często pokazują nam filmy i seriale. Scenarzyści zapominają jednak o sanepidzie, niekompetentnych pracownikach, pustkach w lokalu i przesmażonym mięsie zwróconym przez klienta do kuchni.
Trwa ładowanie komentarzy...