W dobie politycznych podziałów: nie mówcie nam kim jesteśmy

I nie mówcie nam, co mamy na myśli. Od tego są poloniści w gimnazjach, którzy wiedzą co chciał powiedzieć Mickiewicz lepiej od niego samego i wróżbici z nocnych kanałów kablówki.

Jesteś wegetarianinem? Pewnie biegasz na manify i rozbierasz się w imię wolności słowa. Chodzisz do kościoła częściej niż raz w tygodniu? Klęczysz też pod krzyżem (lub pustym miejscem po nim) na Krakowskim Przedmieściu.


Czy manifestując poparcie dla Żydów znajdę swoje zdjęcie na Red Watch? A może oglądając wystawę zdjęć Lecha i Marii Kaczyńskich stanę się obiektem drwin lewicowych kolegów z roku?

Niezwykle rozbawił ale i zastanowił mnie fakt, że przez wielu komentatorów pod swoim tekstem wyrażającym się niepochlebnie o feministkach i przez osoby, które wysiliły się na tyle, żeby napisać do mnie prywatną wiadomość zostałam nazwana „kaczystką” i kościelnym służalcem, natomiast całkiem niedawno przy okazji artykułu o Cattelanie ktoś włożył mnie do worka z bolszewikami. Więc kim ja w końcu jestem? Frapujący jest fakt, że nawet najmniejsza aprobata czegoś co zbliża się do lewicy bądź też prawicy jest traktowana jak absolutne oddanie się którejś z tych opcji. A nie można być na przykład prawicowcem ceniącym sztukę Żmijewskiego? Albo lewicowcem, którego denerwują parady równości? Podobno nie można.

Doskonale wiadomo, że istnieje utarty zespół cech charakteru i poglądów przypasowanych do lewej i prawej strony, z których można stworzyć łatwo listę i na niej odhaczać sobie czy wszystko się zgadza.

Ja sama i wielu innych ludzi trzymam się raczej w czymś, co na siłę można nazwać centrum. Wiele rzeczy „prawych” jak i „lewych” mi odpowiada, wiele rzeczy „prawych” i „lewych” zupełnie nie pasuje do mojego ogólnego poglądu. Jednakże niejednokrotnie tacy ludzie muszą się definiować. Kiedy w trakcie poważniejszej rozmowy o polityce ktoś pyta się dosłownie (lub trochę delikatniej) „za którymi jesteś?” osobę odmawiającą opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron traktuje się jak politycznego ignoranta, który ledwie wie jak ma na nazwisko prezydent i premier. Dlaczego ktoś wymaga od nas pełnego zdefiniowania, lub nawet nie pytając o zgodę robi to za nas?

Czy istnieje szansa na stworzenie jakiejś nowej, zdroworozsądkowej opcji, w której można sobie po prostu dowolnie dobierać co pasuje, a co wręcz przeciwnie? Prawdopodobnie nie, bo to wszystko utrudni. Stworzyłaby się wtedy masa podgrup i kombinacji w zakresie wspomnianej wyżej „listy”, które dużo trudniej ogarnąć niż jedną, mocną. Pozostaje zatem dopasowanie się na siłę i wybieranie mniejszego zła (o ile zdecydujemy się na wybieranie czegokolwiek). I liczenie na to, że w momencie kiedy z biegiem lat wszystko upłynnia swoje granice tak samo stanie się z polityką.

Czy apel o nieszufladkowanie i pozwolenie na dobieranie sobie swoich „tak” i „nie” z całego asortymentu ideologii, nie tylko z jednej przegródki, cokolwiek da? Mój samotny głos raczej nic, jednak jeżeli ktokolwiek inny się w tym odnajdzie będzie to oznaczać, że nie są to tylko wymysły trochę nadwrażliwej dziewczyny, która zaledwie parę miesięcy temu przestała być nastolatką. To i tak jedynie prośba o małą przysługę. Żarliwe apelowanie o pokój i dobro na świecie jest raczej domeną średnio przygotowanych do wypowiedzi kandydatek na Miss Polonia i zupełnie nie ma teraz sensu.
Trwa ładowanie komentarzy...