O autorze
Od niedawna w naTemat zajmuję się pisaniem tekstów redakcyjnych, które można przeczytać tutaj.

Kontakt: weronika.j.lewandowska@gmail.com

"Amen" Maurizio Cattelana w CSW, czyli historia cierpienia

O wystawie Maurizio Cattelana w Centrum Sztuki Współczesnej można było usłyszeć w mediach już od dawna. To właśnie „ten obrzydliwy Cattelan”, „obrazoburczy manipulator”, autor przygniecionego meteorytem Jana Pawła II, z którego najpierw prawicowi posłowie próbowali zdjąć kamień, a później Wojciech Cejrowski chciał nakryć prześcieradłem. Włoski artysta po dwunastu latach wraca do Warszawy z wystawą „Amen”.

I nie jest to zwykła wystawa. Umieszczone w CSW i na ulicy Próżnej prace są wybrane specjalnie dla nas, polskiej publiczności. Można było więc zakładać, że nauczony doświadczeniem Cattelan postara się jak najmocniej sprowokować tkwiące w Polakach przywiązanie do katolickich wartości oraz podzielić odbiorców na dwie grupy: oburzonych i entuzjastów. Lecz wcale się tak nie dzieje. Wystawa może delikatnie drażnić bardziej wrażliwych widzów, ale na pewno nie szokuje. Nie warto zatem się spodziewać męskich genitaliów na krzyżach, wiader wypełnionych krwią czy obscenicznej nagości. Należy przyjść na wystawę spokojnym i skupionym, bo będziemy musieli odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań, kiedy zmierzymy się z tym przejmującym studium cierpienia i umierania.



Zanim znajdziemy się w dwóch dużych, sterylnie białych salach, przed Zamkiem Ujazdowskim artysta prezentuje nam umieszczoną w połowie masztu rzeźbę chłopca, który wisi na nim niczym flaga w dzień żałoby.
Pierwszą instalacją z jaką się stykamy się wewnątrz są dwa labradory w dziwnym napięciu strzegące stojącego między nimi pisklaka. Jeden z nich jest stworzony z syntetycznych materiałów, drugi natomiast został wypchany, jednakże wirtuozeria wykonania nie pozwala na rozróżnienie który jest który.

Przed pójściem dalej warto dać się zaczepić wolontariuszom CSW, którzy oprowadzają po wystawie. Chętnie odpowiadają na pytania i dzielą się nieznanymi z katalogów ciekawostkami. Mimo pewnych braków w informacjach (oprowadzający mnie chłopak nie mógł sobie przypomnieć nazwiska jednej istotnej osoby i jednocześnie określił ją jako Niemkę, a była Amerykanką) muszę przyznać, że zostali dobrze dobrani i opowiadają o wystawie z prawdziwą pasją. Przynajmniej sama nie spotkałam wcześniej lepszych.

W drugiej sali znajdują się cztery instalacje i jedna fotografia. Wszystkie z nich mówią albo o sile śmierci, albo o momencie, w którym wartości się zacierają i trudno nam określić co jest złe, a co dobre. Szczególnie wewnątrz nas samych (My).

Najciekawszą według mnie pracą jest instalacja Bez Tytułu, przedstawiająca kobietę uwięzioną przez kawałki sklejki i śruby we wnętrzu skrzyni. Ma niezwykle ciekawą historię, bo powstała przypadkiem. Uprzednio było to dzieło inspirowane zdjęciem Francesci Woodman (wybitnej fotografki, która popełniła samobójstwo w wieku 22 lat) i przedstawiało młodą dziewczynę wiszącą na framudze drzwi.




Po jednej z wystaw rzeźba została spakowana i przybita za nogi, brzuch oraz ręce do wyłożonej miękkim materiałem skrzyni. Wtedy artyście ukazała się zupełnie nowa instalacja. Bolce przytrzymujące dłonie kobiety do framugi stały się gwoźdźmi krzyżującymi ją we własnym łóżku, a pozwalające na bezpieczny transport mocowania zmieniły się we wnyki lub usztywnienia, które zakłada się na złamane kończyny. Z dziewczyny zawieszonej na framudze w efekcie niepokojącej zabawy przypadkowo powstał przejmujący obraz niewoli i cierpienia, przywołujący nawet skojarzenia z ofiarami przemocy domowej i gwałtów. Rzeźba jest tym bardziej poruszająca, że została wykonana z niezwykłym realizmem i dbałością o detal, która ujawnia się szczególnie w spękanych, brudnych stopach "ofiary".





Należy też pamiętać, że obiekty w salach Zamku Ujazdowskiego to nie wszystko, co Cattelan ma nam do pokazania. Na ulicy Próżnej 14 (nieprzypadkowo wybranej) znajduje się jedna z wersji najsłynniejszej rzeźby artysty. Celowo nie mówię co przedstawia, bo w tym momencie zachowałabym się jak osoba zdradzająca zakończenie pełnego napięcia filmu lub książki. Możliwe, że nie wszyscy będą wiedzieli z kim mają do czynienia, dopóki nie zobaczą rzeźby od przodu. Nie chcę im psuć tej nieco traumatycznej zabawy, którą włoski artysta świadomie funduje widzom.



Wystawa potrwa do 24 lutego. Nie widzę w niej miejsca na skandal, lecz jednocześnie nie obędzie się bez zamieszania. Zamieszania w nas samych. Nie w programach informacyjnych, ani na muzealnych posadach - nikt tym razem przez Maurizio Cattelana nie straci stanowiska, tak jak to miało miejsce w 2000 roku.

Po dwunastu latach artysta ukazuje się nam nie jako prowokator, lecz znawca mechanizmów niewoli i cierpienia - rzeczy tak bliskich naszej historii, świadomie przez niego przywołanych.
Trwa ładowanie komentarzy...