„Kojarzę ją... z Facebooka”. Świat nawiązywania znajomości w wersji 2.0.

Ludzie, których komentarze często pojawiają się na tablicy znajomych stają się w pewnym momencie naszymi znajomymi. Ich opinię na temat świata znamy niekiedy lepiej niż niektórych naszych dalszych „przyjaciół”. Przewijają się pod postami znajomych i na fanpage'ach, które my także lubimy. Z profilu szybko dowiadujemy się  jak ci ludzie dokładnie wyglądają, gdzie pracują, gdzie studiują, a często też z kim sypiają

Jeżeli ktoś nas intryguje, albo chcielibyśmy go poznać w „prawdziwym życiu” przeglądamy jego „wall” z większą częstotliwością niż tych, których mamy na swojej liście. A na ulicy jesteśmy w stanie taką osobę rozpoznać i pomyśleć, „o, na profilowym jest przecież dużo chudsza”.



„Nienawidzę jak ładna dziewczyna ma zablokowaną galerię, albo tylko jedno zdjęcie, po którym nie mogę ogarnąć jak tak naprawdę wygląda” - stwierdził kiedyś mój kolega. Przeglądanie profili znajomych znajomych to już absolutna norma. Kiedyś, żeby dowiedzieć się czegoś o fajnej znajomej Tomka, trzeba było albo go wypytać, albo czatować (sic!) żeby ją gdzieś przypadkiem spotkać, co było raczej trudne i głupie. Teraz wystarczy znaleźć ją na Facebooku i liczyć na to, aby informacje w profilu nie były całkowicie ukryte (choć w sumie kiedy są, robi się bardzo tajemniczo). Widywanego na uczelni chłopaka możemy znaleźć oznaczonego na zdjęciu znajomego. Kiedyś, żeby się dowiedzieć jak w ogóle ma na imię trzeba by było robić z siebie błazna przed niejedną osobą. Teraz mamy wszystko na tacy. A później zaczepki, wiadomości, ewentualnie zaproszenie do znajomych, żeby mieć dostęp do większej ilości zdjęć.

Oczywiście tego typu zabiegi nie łączą się tylko z podrywem. Często obserwujemy popularnych znajomych znajomych, którzy trzęsą miastem X, bądź ludzi, którzy są po prostu dziwni, lub zajmują się czymś interesującym. Sama zwracam uwagę na osoby z ASP, bo jestem ciekawa, czy ich wizualny image w internecie jest godny przyszłego artysty. Przypadkowe zdjęcia profilowe z baru i fotki pod piramidami przecież odpadają. „Stalkujemy” też niejednokrotnie celebrytów, których uda nam się odnaleźć oznaczonych na fotografiach z imprez. Ich profile bywają otwarte.

O swoich prawdziwych znajomych dzięki Facebookowi też wiemy więcej. Czasami dużo więcej, niż byśmy chcieli, bo nie zawsze wiedza o tym, że ktoś je pierogi, ma zapalenie spojówek lub wypił wczoraj za dużo, jest pożyteczna. Dodatkowo kiedyś przy spotkaniu przypadkiem długo niewidzianego znajomego coś mogłoby nas zaskoczyć. Albo nowa fryzura, albo spadek wagi (bądź przeciwnie). Mógłby nam powiedzieć gdzie poszedł na studia, lub gdzie teraz pracuje. Obecnie Facebook mówi nam to od razu. Więc dialog "przeprowadziłem się jakiś czas temu do Poznania - a tak, widziałem na Facebooku" jest normalny.

Ludzie jednak, tak jak wspomniałam wcześniej, oprócz swoich znajomych oglądają też obcych, a raczej "prawie obcych", na potęgę. Zostało w nas wszystkich coś z tych zgorzkniałych pań na osiedlach, które uwielbiają oglądać tych, których nie znają. Czasami mnie to przeraża.

Z drugiej strony słowami „O cześć Weronika, znam cię z Facebooka” powitano mnie już niejeden raz i było to dziwne, ale jednocześnie w jakiś sposób miłe. I ja sama mogłabym też tak przywitać wielu ludzi, lecz udaję, że mnie to nie dotyczy. Że mam zbyt dużo do zrobienia w życiu, żeby oglądać znajomych znajomych na facebooku. Niestety nie mogę tego o sobie powiedzieć. Tak jak chyba każdy posiadający tam konto.
Trwa ładowanie komentarzy...